Szalony finisz w Dobbiaco 

Końcówka biegu Ski Classics w Dobbiaco miała dla zawodników SN Klasyk emocjonujący przebieg i zaskakujący... ciąg dalszy.

Ten się śmieje... czyli szalony finisz w Dobbiaco  

Gdyby ktoś zdołał zrobić zdjęcie finiszu mojego (Kamil Zatoński) i Daniela Kosińskiego w biegu w Dobbiaco, wyglądałby on pewnie tak, jak ten w wykonaniu widniejących na zdjęciu Kanadyjczyka Devona Kershawa i Szweda Emila Joenssona. Różnica jest jednak taka, że nie biegliśmy w sprincieale na dystansie prawie 30 km (oficjalnie 32, ale było trochę krócej)  na zmienionej trasie klasyka Cortina-Dobbiaco, który od tego sezonu zaliczany jest do prestiżowego cyklu Ski Classics.

 

 

Ale po kolei.

Na starcie było jak zawsze po przyjacielsku, "piąteczki", foteczki i niespieszne ustawienie się w sektorze (po lewej Daniel, po prawej ja). 

Po strzale startera ruszyła prawdziwa gonitwa, bo trasa zapowiadała się na szybką, była niezbyt długa i wiadomo było, że cenne sekundy, a nawet minuty zyska ten, kto nie utknie w ewentualnych korkach. Na początku z Danielem (który odpuścił sobie dumanie nad smarowaniem na trzymanie i biegł na "gołych" nartach, ja trochę posmarowałem, ale trzymało dość słabo) i mijaliśmy się na trasie kilka razy, ale później "Kosa" uzyskał kilkudziesięciometrową przewagę, która to rosła, to się zmniejszała, ale poza jednym odcinkiem niemal ciągle miałem go w zasięgu wzroku.

Trasa po niemal 20 km wiodła na pętlę wokół jeziora Dobbiaco. Wiadomo było, że tu już będzie tylko "pchanie", stawka się rozrzedzi, druga część będzie szybsza (bo lekko, ale wciąż w dół), a 500 metrów przed metą czekać nas będzie jeszcze "hamowanie" na podbiegu, po którym zjazd (na nim wywalił się Maciej Staręga w grudniowych zawodach Pucharu Świata), zakręt i finiszowa prosta.

Nie jest tajemnicą, że nie tylko na nartach łatwiej gonić niż uciekać, choć akurat w przypadku tras, gdzie są dwa tory i jeden jest zdecydowanie wolniejszy, wszelkie próby wyprzedzania rywali wymagają zdwojenia wysiłku. Tak też było w Dobbiaco, więc kiedy Daniel odskakiwał od kilkuosobowej grupki (bo był na jej czele), tak ja starałem się bez większego powodzenia wyprzedzić pięciu-sześciu biegaczy, którzy dzieli mnie od Kosy.

Nawet na wspomnianym podbiegu "Kosa" wepchał się na tyle skutecznie, że kiedy ja na szczycie górki przyjmowałem pozycję zjazdową, on już sunął u jej stóp. Ale ten jadący z tyłu (czyli w tym przypadku ja) zawsze ma trochę lepiej, bo a) tor ciut szybszy b) ciut mniejszy opór wiatru c) większa motywacja. No i chyba efekt zaskoczenia, bo Daniel twierdzi, że mnie nie widział do samego końca. A koniec, jak wiadomo, wieńczy dzieło, więc robiłem co mogłem, żeby na "kresce" być pierwszy tą częścią ciała, na której był czip (czyli prawą stopą). Wykroku jak Devon Kershaw nie zrobiłem, raczej rzuciłem się "nogami do przodu". Byłem jednak przekonany, że to nie wystarczyło, zwłaszcza że Daniel aż podskoczył z radości.

Oficjalne wyniki zobaczyłem jednak dopiero jakieś półtorej godziny po biegu, kiedy Daniel ruszył już w drogę powrotną do Polski.

I tu niespodzianka

Wnioski: 

  • fajnie jest ścigać się z kolegami (motywacja);
  • fajnie jest wygrywać z kolegami (satysfakcja);
  • warto ćwiczyć finisz (w tym wykrok), zwłaszcza że w biegu w Dobbiaco "ciąłem" się z kolegą już drugi raz (poprzednio w 2014 r. z Józkiem Wojtyłą z Pogórza), tyle że wtedy to ja uciekałem, a on gonił, ale też wszystko rozstrzygnęło się na stadionie. Podobieństw było zresztą trochę więcej, bo Józek "pchał", a ja miałem narty "zerówki", które w czasie padającego, mokrego śniegu dawały mi ogromną przewagę na podbiegach, ale też trochę hamowały na opadających odcinkach trasy.

W biegu wystartowała też nasza klubowiczka Ola Trzaskowska, która z czasem 2:50:06 zajęła wśród kobiet 129. miejsce. 

Zawody wygrali Norweg Tord Asle Gjerdalen (1:14:01) oraz Szwedka Britta Johansson Norgren (1:28:01). 

 

 

Joomla 3.0 Templates - by Joomlage.com